środa, 6 kwietnia 2016

Belki!

Sprawdziłam kiedy po raz pierwszy pisałam o tym, że dodam post o odnowie belek... było to 6 miesięcy temu. Dlaczego tak długo to trwało? Dlatego, że dopiero je skończyliśmy.

Przez te sześć miesięcy zdążyliśmy zakochać się w belkach, obrazić się na nie, odkochać się, znienawidzić je i ponownie zacząć uwielbiać. Myślę, że najlepiej będzie jeśli ich renowację opiszę w kolejnych podjętych krokach, uwzględniając nasze dobre pomysły, gorsze i te tragiczne.

1. Czyszczenie
Przy pierwszych oględzinach belek, czyli po ciemku, bo okien nie było, stwierdziliśmy, że należy je wyczyścić. Trochę liczyliśmy na to, że wyszorowane szczotką o stosunkowo twardym włosiu, staną się jasne. Oczywiście myliliśmy się - belki te nie były nigdy wcześniej szlifowane, a więc nawet po oczyszczeniu były, jeśli nie całe, to w większej części w korze. Oczywiście pomysł ze szczotką odrzuciliśmy bardzo szybko - po użyciu jej na pierwszym kawałku drewna.
Może przypomnę jak wyglądały początkowo:


2. Szlifowanie
Cieszyliśmy się, że posiadamy już szlifierkę. Kupiliśmy ją w jakimś markecie, przy okazji renowacji fotela. Była to szlifierka oscylacyjna, która sprawdziła się na meblu, ale przy jej używaniu na belkach chciało nam się płakać. Zdarcie niedużej warstwy drewna zabierało nam ogrom czasu - szlifowanie (wcale nie takie dokładne) jednej belki to był tydzień roboty!
Z pomocą przyszedł mój tata, który pożyczył z pracy szlifierkę taśmową. Co to była za odmiana. A. znowu zachciało się odnawiać belki, a mi kibicować mu :)
Pożyczony sprzęt zaczął się psuć. Po naprawieniu go i oddaniu wciąż mieliśmy kilka belek do zrobienia. Nie chcieliśmy nawet myśleć o powrocie do oscylacyjnej, więc zainwestowaliśmy we własną taśmową.
Praca nad drewnem odeszła na jakiś miesiąc na bok - na budowie non stop jest coś do roboty i wykonuje się to co trzeba na już, belki "na cito" nie były potrzebne, więc na chwilkę pracę nad nimi przerwaliśmy. To znaczy A. przerwał, bo do tamtej pory to było jego zajęcie.
Czas mijał, szykowała się wylewka, której nie chcieliśmy zabrudzić się tym klejącym czerwono-brązowym pyłem z belek - należało wznowić szlifowanie. A. zajęty był w tym czasie ocieplaniem ściany oddzielającej nasze poddasze od suszarni sąsiadów, więc po raz kolejny robota "nie dla dziewczyn" stała się jednak pracą, którą zaczęłam wykonywać.
Na zakończenie ręcznie doszlifowaliśmy elementy, do których urządzenie nie dojechało.





3. Środek ognioodporny
Elementy łatwopalne, do których belki bez wątpienia należą, zgodnie z projektem powinny być ogniowo zabezpieczone. Kupiliśmy widoczny na zdjęciu poniżej impregnat i po oczyszczeniu z pyłu, pomalowaliśmy je nim za pomocą szerokiego pędzla. Środek przypomina wodę, nie ma drażniącego zapachu i pomimo tego, że go "nie żałowaliśmy" jest bardzo wydajny. Impregnowanie zaczynaliśmy od łazienki, gdzie drewno będzie najmniej rzucać się w oczy. Początkowo przeraziliśmy się, bo po nałożeniu jednej warstwy belka pociemniała do koloru wyjściowego - brudnego, ciemnego brązu! Kolejnego dnia, po wyschnięciu, okazało się, że wszystko wróciło do normy - kontynuowaliśmy zabezpieczanie.


4. Warstwa wierzchnia
No i tu się zaczęło najgorsze. Czyli kupa wydanej kasy, nerwy i szukanie właściwego rozwiązania.
Od początku... pierwsze założenia były takie, że belki mają być delikatnie wybielone (w stosunku do tego jak wyglądały po wyszlifowaniu). Z czasem jednak stwierdziliśmy, że naturalny kolor sosny bardzo nam odpowiada i zostawiamy tak jak jest, tylko zabezpieczamy matowym lakierem - żeby było jak najmniej ingerencji w ich wygląd.
Zadowoleni z tej decyzji kupiliśmy lakier ze sprawdzonej już przez nas firmy - Vidaron, lakier nitro, bezbarwny mat. Całe szczęście nie mieliśmy wtedy czasu na malowanie wszystkich belek - musieliśmy zrobić tyły tylko tych, które będą znajdować się przy ścianie działowej, bo potem miało nie być już do nich dostępu. 
Zaczęłam malować. Belka pociemniała kilka tonów i zrobiła się brązowo-pomarańczowa, czyli uzyskała kolor szczerze przez nas znienawidzony. Trochę się przestraszyliśmy, ale jeden przed drugim udawaliśmy, że wszystko wporzo i że pewnie, tak jak impregnat, wyschnie i będzie pięknie. W ogóle nie było pięknie. Było okropnie. Tyle szlifowania poszło na marne, mieliśmy dokładnie to czego baaaardzo nie chcieliśmy!


Z jednej strony byliśmy załamani, z drugiej cieszyliśmy się, że tylko ta, bardzo mało widoczna strona, jest zepsuta. W akcie desperacji sięgnęliśmy po lakiero-bejcę (ten sam producent, pisałam o niej a propos fotela i krzesła), która raz dała radę całkiem nieźle, a którą mieliśmy pod ręką. Efekt ten sam - ciemna belka. Pojechaliśmy do marketu budowlanego, a właściwie trzech - w żadnym kolor bejc, lakiero-bejc i lakierów nam nie odpowiadał. Wszystkie (nawet te najjaśniejsze) miały w sobie żółty pigment. Postanowiliśmy zaryzykować i kupić dwie bejce (jasny dąb i biały), tej samej firmy, o tej samej konsystencji, które po wymieszaniu miały dać oczekiwany kolor. Internety nie pisały o takich technikach, więc stwierdziliśmy, że zostaniemy pionerami ;) Tego dnia nie mogliśmy już wznowić pracy, więc zostawiliśmy sobie eksperyment mieszania bejc na kolejne popołudnie. Nigdy jednak do niego nie doszło - będąc na zakupach znalazłam lakiero-bejcę, która zdawała się i z nazwy i z próbnika mieć wymarzony kolor - dąb bielony! Po otwarciu puszki jej konsystencja była co najmniej dziwna. Niby było napisane, że jest żelowa, ale ona przypominała serek wiejski, który po rozsmarowaniu zostawiał belkę białą z przyczepionymi glutami... Rozcieńczyliśmy ten środek wodą, co także niewiele dało, bo wciąż zabarwiał drewno całkiem na biało i do tego wsiąkał w ubytki tworząc brzydką, jakby brudną strukturę.


Kolejny zawód. Wciąż jednak mieliśmy opcję mieszania bejc. A. stwierdził jednak, że skoro już męczymy się nad tymi belkami, to spróbuje zastosować na kawałku drewna pastę wybielającą, którą także używaliśmy do fotela. Wtarł ją w belkę i... efekt był zachwycający! To tego cały czas szukaliśmy! I cały czas mieliśmy to przy sobie... Kolejne dni poświęciliśmy na wcieranie pasty w belki, co było raczej uciążliwe ze względu na szybko męczące się ręce i odciski na palcach, ale wreszcie uzyskaliśmy dokładnie to co chcieliśmy. 



Następnie, wybielone już beleczki, polakierowaliśmy wcześniej wspomnianym środkiem. Oczywiście nauczeni doświadczeniem, lakierowanie zaczęliśmy od płaszczyzn, które domyślnie będą niewidoczne - tak na wszelki wypadek.


Tym razem wszystko poszło zgodnie z planem. Fajne jest to, że pod wpływem lakieru wyostrza się struktura drewna i nieco brązowieją. Znowu kochamy belki!

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz